Styczniowy weekend spędziłam (już prawie tradycyjnie!) w Mediolanie. Oprócz Misi i Markety - moich evs-owych kumpeli, jest tam całkiem spora grupka innych wolontariuszek. Do tego grona w pierwszym tygodniu stycznia dołączyła dwójka chłopaków z Południowej Afryki! Muszę przyznać że początkowo troszkę obawiałam się konfrontacji - w końcu to zupełnie inny kawałek świata, z całkowicie innymi tradycjami i obyczajami. Jak się zachować, przywitać? Czy będę w stanie się dogadać? Ich pierwszy spacer po atrakcjach stolicy mody okazał się być... ogromnym zaskoczeniem dla mnie! Chłopacy okazali się być bardzo otwarci, uśmiechnięci i mówiący płynnie po angielsku! Zaliczyliśmy wszystkie przewodnikowe punkty obowiązkowe, zaczynając od katedry Duomo, kończąc w mieszkaniu dziewczyn.
Ciekawostka - w centrum słonecznego Mediolanu trafiliśmy na wyścigi narciarskie! Niesamowita sprawa, tor wyścigowy z prawdziwym śniegiem, zawodnicy na wyciągnięcie ręki, szum nart i zapach gorącej czekolady! Niezwykły moment, szkoda że nie był nagłośniony w mediach - trafiliśmy tam całkiem przez przypadek, nie było sporo widzów, a nie była to typowa atrakcja:)
P.S. A w mojej organizacji uczymy się piosenek alpejskich na wielką festę dla emerytowanej części włoskiej wersji GOPRu:) moja ulubiona piosenka:
